Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania - to jedna z ważniejszych zasad rządzących dzisiejszym światem. Od czasu do czasu ktoś przebąkuje, że współczesne prawo jest tak skomplikowane i pogmatwane, że nikt nie ma szans poznać wszystkich przepisów, które regulują jego byt na tym świecie, zatem człowiek potencjalnie wchodzi w konfilkt z prawem przez sam fakt swojego istnienia. Dzisiejszy porządek prawny, wzmacniany przez takie potworki, jak ACTA, czerpie garściami z ustrojów totalitarnych i hołduje maksymie Feliksa Dzierżyńskiego głoszącej, że nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani.

To wszystko banały, ale zazwyczaj politycy ich głośno nie wypowiadają, bo musieliby przyznać, że stanowiony przez nich porządek prawny jest jedną wielką porażką. Są jednak tacy, którzy bez cienia wstydu i pokory ową porażką się chlubią. Na przykład Bogdan Zdrojewski, piastujący funkcję ministra kultury, ostatnio bez żenady przyznał, że nawet wielu prawników nie jest w stanie właściwie zinterpretować niektórych przepisów polskiego prawa. Ta konstatacja nie wywołała u niego refleksji, że może należałoby pilnie uprościć prawo. Przeciwnie, stała się przyczynkiem do zlekceważenia protestujących przeciwko ratyfikacji ACTA, bo przecież nie można [rozumienia tego paktu] oczekiwać od osób, które nie posiadają wykształcenia prawniczego i reagują na pewne rzeczy emocjonalnie.

Oto współczesna wizja społeczeństwa obywatelskiego: obywatel jest co najwyżej siłą roboczą, konsumentem i mięsem wyborczym, ale gdy próbuje zabierać głos w sprawach publicznych, to staje się śmiesznym typkiem, który nie ma szans rozumieć, o czym mówi i z tego powodu reaguje czysto emocjonalnie. Rzecz jasna dla ministra nie ma mowy o takim stanowieniu prawa, żeby obywatele mieli szanse zrozumieć przepisy, których powinni przestrzegać. A ja na przykład nie mam pewności, czy wolno mi zacytować definicję słowa kultura ze Słownika Języka Polskiego PWN, więc niewykluczone, że właśnie popełniam czyn zabroniony: otóż kultura jest to materialna i umysłowa działalność społeczeństw oraz jej wytwory. Jeśli zatem wytworem kultury współczesnych Polaków są poglądy ministra kultury oraz ich odbicie w porządku(!) prawnym, to trzeba się poważnie zastanowić, czy materialna i umysłowa działalność np. Wandalów nie była aby przejawem wyższej cywilizacji.

Z innej beczki: okazuje się, że Grecy czy Polacy przepracowują największą liczbę godzin w roku, podczas gdy na drugim biegunie znajdują się Holendrzy i Niemcy. Rankingi wydajności pracy i zadowolenia z pracy wyglądają aklurat odwrotnie, ale każda próba wprowadzenia dodatkowego dnia wolnego od pracy jest torpedowana koronnym argumentem: popsują się cyferki w raportach makroekonomicznych. O poprawianiu w pierwszym rzędzie kultury organizacyjnej jakoś się nie mówi. Ktoś czasem wspomina, że uproszczenie prawa dałoby parę punktów procentowych PKB za friko, ale takich nawiedzonych to już było wielu...

Prawo nastawione na wielkie koncerny, wszechobecną kontrolę i cyferki makro - zamiast na człowieka - jest wrzodem na tkance społecznej, dlatego obecne protesty są chyba powodowane czymś głębszym niż tylko odruchem sprzeciwu wobec wynegocjowanego potajemnie paktu. Gdzieś podskórnie pojawia się poczucie, że w dzisiejszych cywilizowanych państwach kultura prawna, ustrojowa, instytucjonalna czy ekonomiczna nie służy społeczeństwom, ale wąskim elitom. Prawo jest traktowane czysto instrumentalnie, wskaźniki makro nie korelują z poczuciem szczęśliwości, podatki nie służą zaspokajaniu potrzeb społecznych, lecz zbieraniu funduszy na projekty biurokratów, a pośród klasy politycznej trudno sobie znaleźć realnych reprezentantów. Coraz więcej ludzi zaczyna należeć do grupy wykluczonych.

Wykluczonych z rozumienia i decydowania o sprawach publicznych. Jak widać, dla ministra Zdrojewskiego to zupełnie normalne; absolutnym zaskoczeniem jest dla niego jedynie skala protestów...